Rower jako lek na kontuzję i sposób, aby kontuzjowany biegacz nie zwariował

Krótka opowieść o tym, jak rower może pomóc kontuzjowanemu biegaczowi nie zwariować (ani nie popaść w depresję).

Kto mnie zna choć trochę wie, że bez biegania nie potrafię funkcjonować. Niestety brak umiaru w trenowaniu i popadanie w biegowy „cug” doprowadziły w ubiegłym roku moją biegową „karierę” niemalże do końca.

Teraz, prawie rok później, jestem bogatsza o nowe doświadczenia i potrafię lepiej słuchać swojego organizmu oraz życzliwych mi ludzi. Niemniej jednak wiem, że na pewno jakiś procent biegaczy (szczególnie tych nie znających umiaru) nabawi się kontuzji na początku, w trakcie lub pod koniec sezonu.

Ja miałam tyle szczęścia, że moja noga odmówiła posłuszeństwa zaraz po najważniejszym dla mnie starcie i moja w konsekwencji dwumiesięczna abstynencja od biegania nie pogorszyła mojej pozycji w klasyfikacji Grand Prix Lublina. Miałam sporo szczęścia, a noga miała naprawdę niezły „timing”.

Niemniej to, czym chcę się dziś podzielić to odkryty wówczas przeze mnie sposób na nie tylko nie zwariowanie przez te dwa (prawie trzy) miesiące, ale wyleczenie nogi i wrócenie na „scenę biegową” dużo silniejszą i pobicie życiówek na wszystkich dystansach (pomimo braku treningu stricte biegowego).

A wszystko dzięki temu, że zaczęłam jeździć na rowerze.

Nie mogłam biegać ani nie mogłam chodzić, więc kupiłam rower

Kontuzja nogi okazała się na tyle poważa, że przez ok. dwa tygodnie nie byłam w stanie prawie w ogóle chodzić. Problemem było nawet przemieszczanie się po mieszkaniu.

Wiedziałam, że muszę znaleźć jakieś zastępstwo, bo robieniem samych brzuszków w domu na pewno nie zaspokoję swojego biegowego apetytu.

Zrobiłam wśród znajomych rozeznanie, gdzie oraz jaki rower kupić i ktoś polecił mi sklep rowerowy Dadelo. Większość z Was pewnie padnie ze śmiechu, ale w trzeci dzień niechodzenia zdecydowałam się na zakup roweru, gdyż okazało się, że ten rodzaj ruchu akurat jest dla mojej nogi obojętny.

To była świetna wiadomość. W końcu mogłam się przemieszczać i choć trochę się zmęczyć. Pomimo bycia unieruchomioną mogłam uprawiać sport. W tym momencie nic innego nie miało znaczenia. Wróciło we mnie życie, a rower stał się momentalnie moją największą miłością.

Świetna imitacja długich wybiegań oraz interwałów

Moja zachłanność biegowa oczywiście znalazła również odzwierciedlenie w jeździe na rowerze. Bardzo szybko zaczęłam jeździć w sposób podobny, w jaki biegałam.

Wiedząc jednak, że rower jest wysiłkiem nieco mniej intensywnym postanowiłam jeździć trzy razy więcej kilometrów niż biegałam. Tak więc odpowiednikiem 10 km biegu było 30 km na rowerze. 60 km robiłam w ramach coniedzielnej dłuższej dwudziestki. Raz udało mi się nakręcić nawet 100 km, czyli zrobić przedmaratońską trzydziestkę.

Oto najdłuższy dystans, jaki pokonałam na rowerze będąc zupełnie unieruchomioną. Można? Można!

Mój zegarek biegowy na szczęście posiada funkcję roweru, więc nie było żadnego problemu z mierzeniem ani odległości ani intensywności czy efektywności moich treningów.

Starałam się robić zarówno dłuższe kilkugodzinne jazdy, jak i krótsze interwały, podczas których najczęściej po prostu próbowałam wyprzedzać każdą jadącą przede mną osobę.  Jeśli udało mi się natrafić na wytrenowaną i ambitną osobę (w szczególności panów), to mój trening rowerowy był naprawdę efektywny. Myślę, że nieraz był lepszy od biegowych interwałów na stadionie!

Utrzymanie podobnej ilości treningów i regeneracja

Po miesiącu jazdy na rowerze spojrzałam na podsumowanie treningów na Endomondo i zdałam sobie sprawę, że jeżdżę z praktycznie taką samą częstotliwością, z jaką kiedyś biegałam, czyli ok. 5-6 razy w tygodniu.

Rower jednak jak wiadomo jest zdecydowanie mniej kontuzjogenny niż bieganie i w minimalnym stopniu obciąża stawy. Dzięki temu przy zachowaniu podobnej intensywności oraz częstotliwości treningów, moje nogi (oraz wszystkie już mocno przeciążone stawy) miały okazję się zregenerować, a moja wówczas szczytowa forma nie tylko nie zniknęła, ale wręcz się poprawiła.

Kto by pomyślał, że można zbudować formę i przyspieszyć regenerację podczas złapania najpoważniejszej kontuzji w życiu.  Można? Można!

Dzięki rowerowi powróciłam silniejsza

Po ok. 2 miesiącach byłam w stanie zacząć powoli wplatać bardzo lekkie i krótkie treningi biegowe, aby stopniowo zacząć redukować ilość przejażdżek na korzyść biegania.

Dopiero po ok. 3 miesiącach wzięłam udział w pierwszych zawodach. Byłam pewna, że albo ich nie ukończę albo ukończę je w czasie o pół godziny gorszym.

Ku mojemu zdziwieniu, na jesieni wystąpił istny wysyp życiówek na wszystkich dystansach. Ilość moich pucharów mocno się zwiększyła, a rower chwilowo poszedł znów w odstawkę.

Wszyscy pytali się, jak trenowałam, ile biegałam, jaki plan realizowałam. A ja po prostu jeździłam na rowerze, aby nie zwariować.

Przestroga i sposób na to, aby nie popaść w depresję

Dlaczego piszę o tym właśnie teraz? Ponieważ znów trochę się zagalopowałam i noga bardzo delikatnie dała mi sygnał, abym się uspokoiła. Tak więc uspokajam się i piszę ten oto tekst.

Biegaczu, nie załamuj się jeśli dopadnie Cię kontuzja. Rower jest prawdopodobnie najlepszym odpowiednikiem biegania i to takim odpowiednikiem, który nie obciąża stawów i pozwala na nich regenerację.

Rower to także o tyle świetna dyscyplina, że można ją bezpośrednio przełożyć na bieganie (np. mnożąc ilość przejechanych kilometrów dwukrotnie lub trzykrotnie) i nie tylko utrzymać formę, ale nawet ją zbudować.

Rower to moja dyscyplina numer dwa. Czekam na wiosnę, aby móc powrócić do dłuższych przejażdżek i urozmaicić swoje treningi biegowe, a także pozwolić nodze znów trochę „odetchnąć”. 🙂

One Response

  1. Agnieszka Marzec 13, 2018

Dodaj komentarz