Półmaraton poniżej 1:40, czyli w końcu osiągnęłam swój cel.

Krótkie sprawozdanie z sukcesu, jaki udało mi się ostatnio osiągnąć, czyli przebiec półmaraton poniżej 1:40 oraz moja dość kręta droga do osiągnięcia tego celu. 




Czas, jaki osiągnęłam na swoim pierwszym oficjalnym półmaratonie (Półmaraton Warszawski w 2014 roku) wyniósł 2:00:49. Był to okres, w którym jeszcze cały czas, jak to określa moja trenerka Basia, „człapałam” zamiast biegać. Przyznaję bez bicia, że rzeczywiście tak było. 😛

Ci, którzy mnie znają wiedzą, że po rozpoczęciu trenowania z Basią można powiedzieć, że zrobiłam natychmiastowy postęp i w przeciągu pół roku treningów pod jej okiem pobiegłam kolejny półmaraton (również w Warszawie) w czasie 1:41:00 (kwiecień 2015). Była to poprawa kolosalna jak dla mnie. Całe 19 minut! Wielu moich znajomych nie kryło zdziwienia takim czasem, a niektórzy nawet podejrzewali, że się w jakiś sposób wspomogłam, bo przecież Olga tak szybko nie biega. 😛 A jednak!

Przyznaję, że taki czas był zdecydowanie ponad moje ówczesne siły i były to jedne z nielicznych zawodów (poza maratonem), które autentycznie odchorowałam. W trakcie biegu kilka razy byłam na granicy utraty przytomności, po skończeniu biegu nie mogłam się przez dłuższy czas uporać z masakrycznym bólem głowy i mdłościami, a po powrocie do domu w następy dzień dopadła mnie gorączka i bardzo silne przeziębienie (nie wspominając o prawie maratońskich zakwasach).

To był mój rekord, którego nie mogłam pobić przez kolejne półtora roku, czyli aż do września 2016. 😀  Jak w końcu udało się?

Bardzo trudne początki, czyli „umieralnia” na każdych zawodach

Trenerka wielokrotnie powtarzała mi i powtarza, że trzeba swoje cierpliwie „wybiegać” aż dojdzie się do momentu, w którym bieganie w pewnym tempie, które wcześniej było dla nas zabójcze (dla mnie było to bieganie poniżej 5:00/km) stanie się normalne, a nawet przyjemne. Jedyną drogą do tego jest sumienna realizacja planu treningowego i cierpliwość.




Ciężko było mi uwierzyć w to, że kiedykolwiek będę czuć się dobrze biegając poniżej mojej magicznej granicy 5:00/km. Oczywiście okazało się, że trenerka ma w 100% rację.

Po głębszym zastanowieniu stwierdzam, że Półmaraton Warszawski z 2015 roku (czyli pierwszy bieg, który rozpoczął „falę” moich życiówek po kilku miesiącach trenowania z Basią) pozostawił we mnie pewną blokadę psychiczną, a także uzmysłowił mi, że mój organizm jeszcze po prostu nie jest przyzwyczajony do naprawdę większego wysiłku (czyli biegania, a nie człapania).

Wszystkie kolejne zawody, jakie miały miejsce w 2015 roku obfitowały w życiówki na wszystkich dystansach (5 km poniżej 22 minut, 10 km poniżej 45 minut, maraton poniżej 4 godzin), ale schemat, w jaki przebiegały był identyczny:

  • pierwsze kilometry przebiegnięte w docelowym tempie
  • na kolejnych kilometrach uczucie „zagotowania” i zwolnienie
  • modlenie się o metę i o to, aby nie zwymiotować (lub nie stracić przytomności)
  • umieranie i masakryczne zakwasy przez 2-3 dni po zawodach

Powyższy schemat był nie tylko męczący, ale i zniechęcający. Wydawało mi się po prostu niemożliwym zejście kiedykolwiek poniżej już osiągniętych czasów, które przecież, bądźmy szczerzy, nie były jakoś specjalnie nieziemskie. 😛

Niemniej po około roku czasu coś w końcu zaczęło się zmieniać.

Systematyczny trening biegowy i crossfit drogą do przełomu

Pod koniec zeszłych wakacji postanowiłam spróbować dołączyć inną dyscyplinę i „eksperymentalnie” zapisałam się na crossfit. Bardzo spodobała mi się ta forma wysiłku, chociaż tutaj początki były również bardzo trudne i przypominały trochę schemat z zawodów, czyli:

  • na pierwszych zajęciach nie byłam w stanie zrobić nawet jednej pompki
  • nie mogłam sobie poradzić z zakwasami, które nieraz utrzymywały się przez prawie tydzień
  • przy bardziej intensywnych treningach, tak jak na zawodach, czułam się bliska utraty przytomności i wymiotowania

Zaczynając crossfit i bieganie (a nie człapanie) byłam przekonana, że jestem w naprawdę świetnej formie (przecież miałam za sobą kilka maratonów). Nic bardziej mylnego. Byłam w formie zerowej. Droga do naprawdę świetnej wytrzymałości i kondycji jest ciężka i długa, ale naprawdę WARTO nią podążać.

Początkowo na crossfit chodziłam raz lub dwa razy w tygodniu. Z czasem jednak zaczęłam widzieć, iż robię postępy, a także widziała  i podkreślała to moja crossfitowa trenerka Magda. Jednocześnie realizowałam plan biegowy i nieco podkręcałam kilometraż, gdyż zależało mi także na spaleniu tkanki tłuszczowej.

W maju br. (po wyleczeniu się z wszystkich kontuzji pomaratońskich) w końcu udało mi się dołączyć (i przede wszystkim zacząć przestrzegać) dietę redukcyjną, zwiększyć ilość treningów crossfit (do 3 w tygodniu, a obecnie do 4), a także sumienniej wykonywać treningi biegowe.

W czerwcu 2016 roku poczułam, że wskoczyłam na wyższy „level” po tym, gdy ukończyłam na 6 miejscu OPEN kobiet Półmaraton Kraśnik. To nie był zwykły półmaraton. To były 34 stopnie i żar lejący się z nieba. Oczywiście przy takiej temperaturze nie było mowy o zrobieniu życiówki i czas, jaki tutaj osiągnęłam to 1:48:24. Istotne jest to, że były to pierwsze zawody, podczas których nie zagotowałam się, ani nie „umierałam”, co dało mi do myślenia, że chyba coś się w końcu zaczyna przełamywać.

Przez całe wakacje mocno trenowałam zarówno bieganie, jak i crossfit wkręcając się coraz bardziej i czując coraz większą motywację. Oto kilka moich postów z ówczesnych postępów i wariacji:

Wrzesień, czyli w końcu półmaraton poniżej 1:40

We wrześniu br. zaczęłam zbierać owoce swojej rocznej pracy, potu, krwi i łez. 🙂 Praktycznie wszystko z tego, co mówiły moje trenerki sprawdziło się:

  • Musisz swoje wybiegać i trzymać się planu treningowego, a będziesz latać z palcem w nosie. 😛 (Basia)
  • Rób pompki i inne ćwiczenia tak, jak potrafisz, ale rób je dokładnie, a w końcu się wzmocnisz. (Magda)

We wrześniu przebiegłam dwa półmaratony (niecały tydzień po sobie) i w obydwu ustanowiłam życiówki, a także zeszłam poniżej magicznej granicy 1:40. Dzięki temu, że półmaratony miały miejsce praktycznie jeden po drugim zyskałam pewność, że wynik na pierwszym z nim nie był przypadkiem lub po prostu  „dobrym dniem”, a efektem mojej rocznej pracy i hektolitrów wylanego potu.

III Półmaraton Lubartowski „Bez Granic”

W półmaratonie w Lubartowie zajęłam I miejsce kobiet OPEN z czasem 1:38:54.  Tak dobra pozycja była spowodowana częściowo pewnie tym, że był to bieg charytatywny, więc zawodniczki za wschodniej granicy nie zjawiły się. Gdyby nie dość wysoka temperatura (ok. 30 stopni), to możliwe, że udałoby mi się urwać jeszcze  ok. minuty lub dwóch. Niemniej bieg ten to dla mnie największe moje dotychczasowe zwycięstwo i ogromna dawka motywacji.

Najważniejsze jest tutaj to, że przez prawie cały czas udało mi się utrzymać jednostajne tempo. W trakcie biegu nie miałam żadnego poważniejszego kryzysu, a po 12 km zaczęłam odczuwać przypływ sił, co sprawiło, że na ok. 18 km wszystkie inne kobiety były już za mną. 🙂 Oto podsumowanie biegu z Endomondo:

Półmaraton poniżej 1:40: Półmaraton Lubartowski

Półmaraton poniżej 1:40, czyli podsuwanie moich zawodów w Lubartowie.

V Półmaraton Tomaszowski Pamięci Żołnierzy Września 1939

Półmaraton w Tomaszowie miał miejsce niecały tydzień po półmaratonie w Lubartowie i zajęłam w nim V miejsce OPEN kobiet z czasem 1:37:59. Nie miałam zamiaru brać w nim udziału, ale ostatecznie stwierdziłam, że pobiegnę go czysto treningowo jako trochę szybsze wybieganie.

Najśmieszniejsze jest to, że pomyliłam datę tego biegu (sądząc, że jak większość biegów będzie on w niedzielę, a był w sobotę). Na wieczór poprzedniego dnia wypiłam kilka piw i położyłam się dobrze po północy sądząc, że mam całą sobotę na regenerację  i wypicie wszystkich odżywek. O 9 rano zadzwoniła do mnie koleżanka, z którą miałam jechać na bieg pytając gdzie jestem, ponieważ czeka na mnie już od jakiegoś czasu.

Nigdy jeszcze tak szybko nie udało mi się zebrać. 😛 Cudem zdążyłyśmy dojechać dosłownie 15-20 minut przed rozpoczęciem. Pogoda również nie sprzyjała, gdyż był to jeden z ostatnich dość ciepłych weekendów (było na pewno ponad 25 stopni). Nie nastawiałam się na wygraną w tych zawodach, ale gdy zaczęliśmy bieg poczułam ogromny przypływ sił pomimo, że trasa była bardzo pofalowana (co świetnie widać na poniższym wykresie tempa skaczącego z góry w dół).

Na ostatnich dwóch kilometrach zaczęłam bardzo przyspieszać (nawet do tempa 4:10/min) i  poza jednym momentem, w którym czułam, że zaczyna mi odcinać zasilane i pojawiają się mroczki przed oczami cały bieg nie był wcale męczarnią. Był przyjemny!

Półmaraton poniżej 1:40: Tomaszów Lubelski

Półmaraton poniżej 1:40, czyli moja obecna życiówka z Tomaszowa Lubelskiego.

Niestety na tych zawodach nie było pomiarów za pośrednictwem chipów i było trochę zamieszanie z ustaleniem kolejności zawodników, więc mój pomiar pochodzi tylko z mojego zegarka.

Wnioski i cele na przyszłość

Najważniejsza rzecz jest taka, że na żadnym z powyższych półmaratonów nie umierałam, w sposób, jaki to miało miejsce podczas Półmaratonu Warszawskiego w 2015 roku lub późniejszych zawodów. Żadnego z tych biegów nie odchorowałam ani nawet nie miałam specjalnie zakwasów.  Każdy z tych biegów po prostu sobie „poleciałam”, a po skończeniu normalnie wsiadłam do auta, wróciłam do domu, a wieczorem jeszcze spotkałam się ze znajomymi.




Bardzo cieszy mnie fakt, że znów jestem na fali wznoszącej i czuję, że powyższe czasy to zdecydowanie nie jest wszystko, co mam do powiedzenia w kwestii półmaratonów. Basia twierdzi, że wciąż jeszcze nie zaczęłam biegać i częściowo się z nią zgadzam, dlatego moim kolejnym celem jest złamanie 1:35 na wiosnę na kolejnym Półmaratonie Warszawskim.

Widzę, iż systematyczny (i mocny) trening przynosi efekty, które dodatkowo zwiększają motywację do dalszej pracy. Stopniowo staram się dołączać wszystkie elementy układanki pt.  SUPER MOC, czyli ulepszać dietę, zmieniać suplementy, a ostatnio także całkowicie rezygnować z alkoholu.

To tyle, jeśli chodzi o półmaratony. Niebawem napiszę o moich kolejnych życiówkach (na 10 i 5 km), które miały miejsce na przestrzeni ostatnich tygoni i pewne treningowe (kolejne) wariactwo, którego się podjęłam. Do następnego! 😛

4 komentarze

  1. Łucja Październik 27, 2016
    • Olga Październik 28, 2016
  2. Mikołaj Kwiecień 15, 2017
    • Olga Kwiecień 16, 2017

Dodaj komentarz